|POKAZ TWARZ i weź udział w dyskusji !

witam na moim pastwisku myśli




..::Dż00lka::..

MOJA STRONA
ZDJĘCIA

O MNIE (english)



Pamiętajcie drogie dzieci, blog to blog. Nie ma nic wspólnego z pamiętnikiem ani życiem osobistym. Jak mi ktoś napisze/zadzwoni z pytaniem co się stało, niech spodziewa się gniewu boga!


Starocie 2012
maj
2011
lipiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2010
grudzień
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
luty
2007
listopad
październik
wrzesień
czerwiec
maj
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
wrzesień
czerwiec
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
sierpień
maj
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad


STRONY WWW

nieznajomuch ale WARTO WDEPNĄC !!!







BLOGI ZIOMALI


Piekna i Bestia czyli dwa w jednym :> Blog jednej takiej co przezyła 13Lo we Wrocławiu...








"Przyjaciel to ktoś, do kogo możesz zadzwonić o trzeciej w nocy i powiedzieć: „Jestem w więzieniu w Meksyku”. A on odpowiada: „Nie przejmuj się. Zaraz tam będę”."

Coś tu miałam..
Ale już zdążyłam zapomnieć po kilkudniowym stresie, że zapomniałam hasło.
Ufff ale jestem!
Daję stresowi dwa dni i szkic opowiadania, który mam od wczoraj, uształtuję w całość.

Miłego czytania niebawem !
dzoolka 2012-05-07 09:17:33
skomentuj (0)
Polski jest ŚLICZNY i JAKI LOGICZNY!

Mamy takie zdanie:

Człowiek człowiekowi wilkiem, a kiwi kiwi kiwi.

[homo homini lupus est]

Mianownik  Celownik       Miejscownik          Mian.   Cel.   Miejsc.
Człowiek     człowiekowi   wilkiem 
       a      kiwi    kiwi   kiwi
    


To teraz zobaczmy czy sobie poradzi google translator też wymiękł!
[ang] man to man a wolf, and kiwi kiwi kiwi
[łać] homo homini lupus, est et kiwi kiwi kiwi

Inne wersje:
Człowiek człowkiekowi wilkiem, zombie zombie zombie.

A jak macie jeszcze więcej wersji, proszę o dodanie ich w komentarzach!

dzoolka 2011-07-01 11:40:22
skomentuj (1)
Dzień matki
Poszłam do babci. Babcia leży na tapczanie. Jakiś serial ogląda. W serialu rzecz się toczy wokół dnia matki.
- A ty już do matki zadzwoniłaś? - Pyta babcia.
- Nie no... Jeszcze pewnie z pracy nie wróciła.
- Ah tak! Prawda...
- A do ciebie może matka już dzowniła?
- Nie jeszcze. Pewnie jeszcze z pracy nie wróciła.

I obie ryknęłyśmy zdrowym śmiechem :D
dzoolka 2011-05-26 17:56:29
skomentuj (1)
zainfekowany katolicyzmem kraj*

Wsiadłam do tramwaju, dorwalam wolną miejscówkę i ostroznie ulozylam sobie kolanach torebkę, w ktorej Metro, the free Newspaper oddzieliłam gorące, grillowane, kurze udko od stada leżących pod nim czekoladowych króliczków. Woń udka rozchodził się po całym pojeździe, a ja w myślach wtapiałam w nie już zęby...

Moje rozmyślania przerwał dzwonek telefonu, należącego, jak głos wskazywał do starszej kobity. Rozmawiała ona z bodajże swoim wnuczkiem, o tym, że jedzie właśnie do miasta, na taką a taką ulicę, żeby odebrać swój... Nie pamiętam co, ale brzmiało bardzo podobnie do "wenflonu". Tak że przyjmijmy, że jechała odberać swój wenflon.
Gadała i gadała, a ja myślałam sobie dalej, że przynajmniej szybciej jej minie droga! Ja zapomniałam dziś rano zapakować sobie książkę, więc cierpiałam katusze, zmuszając samą siebie do myślenia. Nie miałam bowiem nic bardziej kreatywnego do roboty, mijając po raz tysięczny te same widoki za oknem.

No dobra, miałam Metro, the free newspaper ale ona była potrzebna i można powiedzieć, że w pewnym sensie była właśnie w użytku, gdyż odzielała czekoladowe króliczki od mojego mmmmm kurczakowego, grillowanego udka! I znów w myślach siedziałam już przy stole i powoli zbliżałam je do ust, żeby zaropić w nim swoje zęby, a slina coraz potężniej napływała mi do ust... Żołądek zaczął pracować, kiedy starsza pani zza moich pleców powiedziała, najwyraźniej kończąc już dość długą rozmowę:
- Tylko pamiętaj! Nie jedź dziś żadnego mięsa! Co najwyżej jakąś rybę, bo Wielki Post jest!

(0_o) JPD!

_______________
*tak wiem, inne odłamy też "czczą" post ale mimo to śmiem wszytsko wrzócić do jedneg, lnianego worka, zawiązać lnianym sznurkiem, przyłożyć do worka szbalon z wycietymi literami, tworzącymi napis " K A T O L I C Y Z M " i przeciągnąć po szablonie czarnym sprayem. Następnie dzźwignąć worek i postawić koło takiego samego, ale z charakterystycznym "Q" i napisem Tchibo :)



dzoolka 2011-04-22 22:55:54
skomentuj (0)
Hoy nosotros estamos rubias czyli blond groteska

- Jasiek!!! Nie denerwuj mnie! Wystarczy, że mnie skaner wkurza, bo coś za dlugo nie może znaleźć sterowników. Podłączyłam badziewiaka i szuka... I tak już od dobrych paru minów. Ale DOBRYCH! Nigdy go jeszcze nie używałam.

10 minut później

- Ooooo ZAINSTALOWALO! "Ready to use" napisało.
No ale ja nie umiem... (0_o)
Jak włożę mu kartkę to mi jej nie zje?
- To zależy jaki masz model. "All eating motherfucker" może ci ją zjeść. Reszta nie powinna.
- O rety! A jak wygląda taki cudak?
- Wyglada jak polaczenie skaner i cisteczkowego potwora
- Mój jest czarny. Ma 5 guzików z dziwnymi obrazkami + power i napis [cenzura] na środku. Naciskam wszytsko, npis też i nic nie działa. Jasiek, jak on dziala? Co mam zrobić? Pomóż mi! Co mam zrobić? Dałam mu kartkę. I on mi jej nie wyświetlił na monitorze. A myślałam, że właśnie tak zrobi!
- Musisz mieć do niego jakiś program, który będzie go obsługiwał. Photoshop powinien.
- Aha! No to teraz jasne, ale... Ale ja nie mam Photoshopa. I co teraz? Co teraz?! Jasiek pomóż mi!!!!
- Podobnie jak MsPhoto Editor.  Do skanera jakieś oprogramowanie zawsze dołączają.
- Jasiek pomoz mi!!! Nie było nic. Nic nie było! Pudełko jest puste. Wyjęłam z niego skaner. Kabel znalazłam w dużym pokoju piętro niżej na kanapie. Nie wiem o tam robił. Nie mam ani małego braciszka, ani psa (0.o)
- To spróbój sciągnąć gimpa. Jest bodajże darmowy.
- Jest darmowy ale mi sie nie zmiesci! Na dysku mi się nie zmieści. I co teraz?! Jasiek, pomóż mi!
- Chętnie bym ci pomógł. Ale niestety jestem koniem ihaaaaaaa


dzoolka 2011-03-26 18:50:21
skomentuj (1)
Wiosenne zwierzątka
Dzisiaj szłam z uczelni piechotą. Była piękna, słoneczka, przedwiosnokalendarzowa pogoda, zapowiadająca tę niebawem mającą nadejść "kalendarzową".

Najpierw mijałam zoo, to nasze największe w Polsce, gdzie stanęłam, pooglądać wielbłądy. Lubię ich pyski. Mają na prawdę fajne pyski, ale dziś nie chciały pokazać. Były strasznie zajęte. Jeden jadł płotek w środku wybiegu, drugi bawił sie patykiem. Strasznie długo się nim bawił i nie wiem co chciał zrobić, ale jak mu patyk wypadł, zrobił taką rozczarowaną minę, że mało nie padłam ze śmiechu. Poszłam dalej, żeby go nie peszyć.
Trzeci leżał dupą zwrócony do mnie i nie chciał się odwrócić.

Potem mijałam akademiki. Na gałęzi niewysoko nad chodnikiem siedziała wrona i się darła. To jedna z dwóch rzeczy, które to one świetnie potrafią.

Siedziała jakieś zaledwie 3m and chodnikiem, czyli dość nisko i mnie blisko. Przechodząc pod nią zastanawiałam się, czy:

- odleci, bo się wystraszy
- walnie kupę - to druga rzecz, którą wrony potrafią.

I co wrona zrobiła? Dokładnie jak byłam IDEALNIE POD NIĄ - walnęła kupę!

W ostatniej chwili odskoczyłam.

I co? Czuje się teraz, jakbym na własne życzenie uniknęła "szczęścia", które wraz z tą kupą, według starych, ludowych przesądów, miałoby na mnie spaść.

dzoolka 2011-03-09 22:25:50
skomentuj (2)
działaj natychmiast, bo może być za późno
  
Kiedy byłam mała, dobrze rysowałam. W podstawówce jednak, mimo że moje prace plastycznie niejednokrotnie znacznie wyróżniały się na tle klasy, dostawałam niższe oceny niż wiele znajomych z klasy. Nie było to specjalnie motywujące i w L.O., kiedy sytuacha się powtórzyła, przestałam rozwijać swój talent na dobre. 

Pod koniec podstawówki moim marzeniem było robienie gier komputerowych. Talent plastyczny byłby tu nie bez znaczenia. Chciałam projektować i tworzyć zwykłe przygodowe platformówki, niestety świat poszedł do przodu i pojawiły się gry sterowane jednocześnie myszką i klawiaturą, a jojstiki poszły do lamusa, a Super Mario Bross stał się legendą, dziś kojarzoną tylko przez starszą młodzież.

Kiedy byłam w pierwszej klasie L.O. założono mi stałe łącze z Internetem.
Ponieważ Internet w Polsce dopiero raczkował, nie było w sieci niczego, co by mnie mogło zainteresować. Miałam więc maila, ICQ i korzystałam z mIRCa. Wszędzie była śladowa ilość znajomych, bo byłam jedną z pierszych osób z tym udogodnieniem.

Z braku strony dla siebie, postanowiłam ją samodzielnie stworzyć. Zaczęłam się uczyć HTML i po malutku, po malutku, beż żadnych standardów ją projketować i tworzyć, stawiając tylko i wyłącznie na jej treści - interesujące nie tylko dla mnie samej, ale wszytskich, będących wówczas w moim wieku.

Kiedy byłam w trzeciej klasie L.O. poznałam Photoshopa. Nałogowo bazgroliłam w zeszycie, tworząc mini grafiki. Chciałam je wprowadzić do komputera i móc obrabiać we wspomnianym programie. Nie miałam jak. Chciałam wzbogacić nimi swoją stronę Internetową, która po malutku powstawała w czeluściach dysku komputera, ale nie miałam jak swoich projektów "zdigitalizować".
Kiedy w domu pojawił się aparat cyfrowy, mogłam się nimi jakoś bawić, ale brakowało mi tableta. To, co udawało mi się stworzyć bez niego było fajne i "dawało rade", ale mogłabym więcej, gdybym miała tablet. Mażyłam o tablecie jeszcze do 2 roku studiów, kiedy zaczęłam pisać.
Tableta nigdy nie dostałam.

W czwartej klasie L.O. założona została organizacja non-profit, zrzeszająca młodych wrocławskich artystów. Byłam jedną z założycieli. Orghanizacja miała potencjał. Miała stronę i forum NFK (Niezależne Forum Kulturalne). Byłam moderatorem i poznawałam sztukę.

Na maturze zdałam biologę. Moją największą miłość od szkolnej ławki podstawówki. Marzyłam o krzyżowaniu roślin i genetycznych zabawach z genomami owoców.
Bez problemu zdałam egzamin wewnętrzny na Uniwersytet. Nie było mi to jednak dane spełnić i tego marzenia. Cała rodzina, przysiężona przeciwko nie, dosłownie - zakazała mi to studiować. Musiałam zadowolić się mniej ciekawą alternatywą. (Poszłam na Politechnikę).

Będąc na pierwszym roku studiów, moja strona WWW trafiła do sieci i, dzięki nawiązanym przez NFK wielu znajomościom, zaczęła się prężnie rozwijać. Nie miałam jednak dużego dysku ani doświadczenia w archiwizacji danych i, kiedy dysk serwera, na którym ona była, spalił się, zostałam bez niczego. Próby jej otworzenia zakończyły się fiaskiem głownie z racji braku wsparcia ze strony najbliższych. Kiedy skacząc wokół rodziny, mówiłam o swoim wielkim projekcie stworzenia portalu Internetowego dla młodzieży licealnej i początkujących studentów, słyszałam: zajmij się lepiej nauką.
I zajęłam się nauką. A strona poszła całkowicie w odstawke.
Patrząc z perspektywy czasu, żałuję. Obecnie mój portal byłby w sieci już prawie 10 lat. To wystraczająco, żeby być rozpoznawalnym, ale nie ma go. Zmarł, zanim zdążył się dobrze narodzić.
Poznałam wówczas dziewczynę, studiującą projektowanie mody. Nie było to w Polsce. Nie przypuszczałam, że w Polsce jest w ogóle możliwość studiowania tegoż przedmiotu. Jednocześnie po plastycznych perypetiach ze szkół, kiedy to druga matka wmawiała mi talent, panie nauczycielki od plastyki skutecznie zabiły we mnie tę świadomość. W konsekwencji aż do końca pierwszego roku studiów wstydziłam się przed samą sobą przyznać, jak bardzo chciałabym tworzyć modę. Projektować stroje i widzieć, jak to, co w mojej głowie powstało, urzeczywistnia się w postaci sformowanych nicią materiałów na ubrania. Od tej pory marzenie to mnie nei opuszczało. Pokornie studiowałam jednak swoje.

Kiedy byłam na drugim roku -
upadło NFK wraz z całą organizacją. Główny pomysłodawca i inicjator całego projektu wybrał dla siebie dość nietypową drogę życia. Wstąpił do zakonu. Nie chciał przekazać pałeczki nikomu innemu.
Wydarzenie to wyssało ze mnie całego ducha sztuki. Zamknięta w akademickim pokoju w niewielkim, acz akademickim mieście bez perspektyw, wszczęłam próby odtwarzania swojej strony WWW.
 
Na trzecim roku zaczęłam nałogowo pisać. Pisałam bez przerwy, wszędzie i na wszystkim. Marzyłam o palmtopie z doczepianą klawiaturką, żebym mogła pisać w warunkach, w któych byłam najczęściej - w podróży. Większą część czasu spędzałam bowiem tudzież na ponad 30 minutowej podróży tramwajem w jedną stronę, tudzież na ponad 5cio godzinnej jeździe na weekend do domu lub na międzynarodowe podróże na jedną z trzech uczelni, na któych wówczas studiowałam.

Tysiące kilometrów sprzyjały rodzeniu milonów linijek tekstu, które wypluwałam atramentem spod stalówki pióra niemalże bezustannie.
Ewolucja mi sprzyjała. Poszła do przodu i stworzyła netbooki.
Nie nabyłam żadnego. Miliony myśli, tysiące potencjalnych teksów uciekło. Zmarnowało się na dobre.
A mogłam być dziennikarką, redaktorem, o czym niegdyś marzyłam, pisać do gazety i pracować z przyjemnością, nie z przymusu.
Marzenie pracy w redakcji rozpierzchło się niczym bańka mydlana, kiedy odkryłam, że już nie ten czas, żeby pisać. Już nie ten talent i ten zapał, a świadomość niezapisanych słów wpędza mnie w rozpacz i wolę zająć się czymś innym, byle tylko nie myślęć o tym co mogło być zachowane, a uleciało w niepamięć.

Treaz jestem po studiach. Marzę o własnym biznesie. Mam pomysł, który byłby spełnieniem marzenia, uzewnętrznionego na początku niefortunnie wybranych studiów. Marzenia, które było tak odległe i tak wstydliwe przede mną samą, a teraz jest szansa na spełnienie go!
I tylko czekam, kiedy zmarnunę kolejną szansę, słuchając jak wcześniej wszytskich wokół mądrych: znajdź sobie lepiej prace. A już najlepiej to w urzędzie, bo pewną! I czekam, aż kolejne marzenie przejdzie do lamusa, pogrążając mnie coraz bardziej w niewierze, że cokolwiek może mi się kiedyś udać.


_____________________________________
I znów o czasie! I jego mijaniu, przemijaniu, ale jakoś tak to aktualne jest chwilowo.
Stażeję się.
!

dzoolka 2011-01-27 00:29:55
skomentuj (1)
Czas
Czas

ostatnio definiowany jako czwarty wymiar świata, w którym żyjemy. 4D.

Czas jest i był. I w zależności od sytuacji jest wściekle zapierdzielającym skurczybykiem i wtedy go nie lubimy, bo robi to zawsze, kiedy mamy do zrobienia za dużo, albo też zbyt wolno ślimaczącym się chamem, kiedy to do przysłowiowego dzwonka do domu pozostało 5 minut. I owe 5 minut trwa niekiedy dłóżej niż godzina.

Mówi się, że czas leczy rany. Na pewno, z czasem wszytskie rany stają się mniej widoczne. Na niektóre okaleczenia potrzeba bowiem więcej niż tygodnia do zasklepienia się rany odpadnięcia strupa. Czas działa na korzyść. Tak się mówi.

Ale nie dla wszytskich czas działa na korzyść.
Dla mnie również. Czas goi rany i wygładza blizny. Te wewnętrzne i te zewnętrzne.
I nawet kiedy one się, przy niechcących nadwyrężeniach znów otworzą, on znów je zasklepia*.
I wiem, że kiedyś zasklepi je tak, że bliza będzie wskazywać tylko dawne miejsce, w którym coś było. Ale to wszytsko.
I zapomne całkiem. I będzę wolna.

Ale dla narzędzia zbroni będzie już za późno.



_____________________
* Niekiedy zdarza się, że źle stanę. Noga mi się jakoś tak krzywo postawi i już, stara kontuzja sie odzywa. Niekiedy mocniej, niekiedy słabiej. Stara blizna się rozklepia i zalewa mnie fala bólu.
Nie mogę wówczas chodzić. Siedzę tylko.
Siedzę na łóżku i tulę misia. Miś ma nienaturalnie wygiętą głowę i patrzy w sufit skręconym karkiem. Miś jest zimny i martwy.

Ale są i inni, tacy jak ja. 36,6 albo i cieplejsi. Są obok i jeśli nie oni sami, ja mogę ich przytulić.
Mogę się im wypłakać w ramię, po czym obejść ich wokół, uważnie obserwując, jak starają się nie krzywić, z racji brudnego rękawa, i przytulić do tego suchego, kiedy już mi lepiej.
Tymi nimi są przyjaciele.

Często się o nich zapomina, ale oni mają swój szósty zmysł i odzywają się wówczas sami. I przez nawet godzinę nie mam okazji się smucić. Nie dadzą mi. Nidy!
I za to ich wszytskich uwuelbiam. I po to ich wszystkich mam!

Ale oni również odchodzą. Niektórych mogą z łatwością zastąpić inni, ale są i tacy, których nie zastąpi nikt. Są po prostu wyjątkowi i jedyni. A że życie płynie swoim torem, również i oni odchodzą. Może i przychodzą nowi, różni, inni, ale tych niezastępowalnych żal.





dzoolka 2011-01-14 00:10:42
skomentuj (0)
przyjaciele


SMS od Anex: Hej a co ram u Ciebie? Jak szkola i praca i milosc? Hi hi hi

SMS od Dżoolka (do Anex - analogicznie): A wiesz, wszystko ekstra! Jestem bezrobotną singielką z dyplomem od dokładnie pół roku. Miło że pytasz :)


Uroczo.

dzoolka 2011-01-06 15:42:00
skomentuj (1)
Uwaga - tym razem - mój tata!

Wylądowałam w szpitalu. Najpirw na ostrym dyżurze, a potem w szpitalnym łóżku, po dosłownie KILKU GODZINACH umierania na korytarzu pod drzwiami gabinetu, przed tym jak zostałam zbadana przez doktora. A diagnoza też swoje trwała. Pierwszy raz też udało mi się zemdleć podczas pobierania krwi! A było to tak, że wkuli się, zaczęło szczypać a ja usłyszałam tylko: no?! Nie leci! Co ona krwi nie ma? Pani coś dziś w ogóle piła? (to ostatnie było do mnie).
- No nie. Kiedy?!
- A no właśnie! Dlatego krwi nie ma!

No, ale po dłógiej i żmudnej diagnozi, wsadzili mnie do łóżka. Miałam wodę w zatoce czołowej, czyli mówiąc kolokwialnie: zapalenie zatorki. Groził mi zabieg pod narkozą. Na samą myśl o nim, od razu wyzdrowiałam.
Pani doktor laryngolog poszła po coś, po czym wróciła z dziwnymi nożycami, co się je do nosa wkłada, pensetą i nasączonym czymś mikro opatrunkiem z gazy, w posaci długiego sznurka. Po czym... Wsadziła mi ten sznurek przez nos AŻ DO ZATOKI. Chyba dzięki temu właśnie ominął mnie zabieg, bo po sznurku wyciekła woda z zatoki...

Ale dobra! NIE O TYM MIAŁO BYĆ!

No więc, ponieważ byłam już uwięziona w szpitalu, mój tata musiał przywieźć mi trochę rzeczy z domu.
W domu zostało moje niepowieszone pranie, którym również zmuszony był się zająć. A pranie dotyczyło akurat rzeczy starych, szarych i brzydkich, które musiał powiesić. Na owe rzeczy składało się praktycznie wszystko: jeansy, podkoszulki, bielizna...

Po zajęciu się rzeczami wziął mój plecak, który leżał jeszcze nie do końca wypakowany po wyciecze do Wawy, z której to wróciłam już chora. Wyciągnął z niego to, co mi na pewno przydać się nie miało w szpitalu i zapakował jakieś niezbędności.

I co odnośnie tego? A otóż to, że Polskie Linie Lotnicze LOT, którymi podróż jest WĄTPLIWĄ PRZYJEMNOŚCIĄ, swoim gościom rozdają do darmowej kanapki specjalne huteczki do odświeżania rąk w podróży. Każda instytucja rozprowadzająca podobne udogodnienia pakuje je w jakieś dość oczywiste opakowania, jednoznacznie wskazujące na ich zawartość. Ale nie LOT! Opakowanie ich husteczek wygląda dokładnie jak opakowanie kondomów!

A na opakowaniu tych głupich husteczek napsisane jest "Do you want..." a małymi i jasnymi literami "fresher". Husteczki tego typu mam zawsze przy sobie, na wypadek jakbym chciała sobie w pociągu RĘCE UMYĆ na przykład przed zjedzeniem komuś kanapki (swojej nie mam nigdy), a że akurat takie tylko mi zostały, to miałam je właśnie w plecaku po wycieczce. I keidy mój tata pakował mi rzeczy do zabrania do szpitala, natknął się na takie dwa opakowania... CHOLERNYCH HUSTECZEK. 

Po prawie dwóch dniach, spędzinych w szpitalu, zabrał mnie do domu.
W aucie zrobił wykład...





Wykład był o bieliźnie! Ponieważ wieszając moje pranie, zmuszony był powiesić również część bielizny. A że partia prania, jak już wcześniej wspomniałam, dotyczyła rzeczy
starych, szarych i brzydkich... Tak więc wykład dotyczył tego, że mam brzydką bieliznę(!) i jeśli potrzebuje jakąś nową, ładną, to powinnam mu powiedzieć, bo bielizna jest rzeczą ważną... bla bla bla.

Po czym zapytał, kiedy mój kolega, który aktualnie u nas mieszka, wraca do miasta (bo chwilowo jest out).

No po prostu UROCZO!

dzoolka 2010-12-03 21:34:53
skomentuj (0)
Prawie jak wiersz o nowoczesności...

Mama wróciła na święta.
W połowie dnia były już dwie mamy, a pod koniec trzy. Siedziały wściekłe, w podobnych pozach na kanapie. I wszystkie były prawdziwe.
Zasnęła jako trzy, ale rano obudziła się już tylko jedna. Z tyż że sytuacja się powtarzała. Znów były dwie lub trzy.

- Co się dzieje?!
- Zdenerwowałam się.
- No ale co to ma być? Jesteś trzy! Czy jak to określić. Nie wiem co to ma być.
- Rozszcepienie osobowości... - Wtrąciła szybko, mijając mnie.
- Ale..?!
- Tak mam jak się denewuję!
- Ale dlaczego?
- Bo mam już tego wszytskiego dosyć! Mam dosyć tego małżeństwa, tych wyjazdów! Takiego życia!

Mama jak to ma w zwyczaju sama przepisała sobie jakiś, wedłóg siebie adekwatny lek, który specjalnie nie pomagał. Znów pod koniec dnia siedziały na tapczasie trzy. Wszytskie tak samo ubrane, jako że w rzeczywistości była to jedna i ta sama.w brązową sukienkę z wełenki, jaką mama ubrała dziś rano, Każda miała jedną nogęmniej lub bardziej podgiętą i trzymała ją w róznej pozie na tapczanie. Każda miała naburmuszoną minę ale nieco inny humor. Wszytskie jednak złe.

Niewiele przed tym oto przyjazdem mamy miałam kilka wizyt u psychiatry. Zaczęłam ją namawiać, żeby i ona się tam wybrała. Do specjalisty. Bo ona coś zaradzi.
- A daj mi spokój! Zawołała i po chwili były już 4 mamy.

Wygrzebałam swoją portmonetknę i sprawdziłam skrzętnie jej zawartość, papier po papierze z nadzieją, że znjadę tam numer telefonu do psychiatry.

- Ale mówie, DAJ MI SPOKÓJ! - Krzyczała i rozszczepiała jak szalona.
- Niebawem nie będzie tu dla nas miejsca! - Pomyślałam.
 
Numeru tam nie znalazłam, ale natrafiłam na listek żółtych, niewleikich tabletek i czegoś jeszcze, co dostałam od psychiatry podczas osttaniej wizyty. Na wszelki wypadek na zdenerwowanie. W kalendarzyku, który był drugim miejscem poszukiwania namiaru na panią psychiatrę trafiłam na karteczkę "opisać!".
- No tak! Kurcze! Miałam sobie opisać, co to są za tabletki! I zapomniałam!
Ale może dam je mamie, może pomogą.
Po chwili ocknęłam się. Nie można dawać nieznanych lektów samowolnie każdemu, bo MOŻE POMOGĄ. Nie mogłam sobie przypomnieć jakie mogło być ich konkretne przeznaczenie.

Szybko więc zaniechałam swojego pomysłu. Nadal jednak głowiłam się, co też pani psychiatra mi mówiła.

- Ona jest mniej więcej w twoim wieku, na prawde sympatyczna! Wybierz się do niej, to ci pomoże! - Wróciłam do pertraktacji z mamą. - A czy u ciebie też ci sie to zdarza?
- Tak, od niedawna się zaczęło, ale rozszczepienie do maksymalnie dwóch osób.
- A czy jak gadamy przez skype'a przez kamerę to ja jestem w stanie zobaczyć was obie?
- No myśle, że tak! W końcu obie siedzimy wtedy na tapczanie.
- Nigdy nie widziałam, powiedziałam z zatroskaną miną, ciągle próbując sobie przypomnieć, co mówiła mi podczas ostatniego spotkania pani psychiatra...
- Bo nie rozmawiałyśmy z kamerką już od dość dawna! - Powiedziała mama, dziwnie mi się przyglądając, bo pytanie było faktycznie absurdalne i oczywiste. Ale było po niej widać zrozumienie, bo też się bardzo w tym momencie martwiłam, a to nie sprzyja logicznemu myśleniu. - Poza tym bałam się waszej (miała na myśli mnie i ojca) reakcji. Nie jest to jak wiesz normalne.
 
Jak przez mgłę szłyszałam teraz mamę. W pamięci odtwarzałam ostatnie spotkanie z panią psychiatrą. Miałam jej obraz, jak kucała przede mną, siedzącą w starym, obitym miękkim [...] fotelu, tłumacząc mi, kiedy w razie czego mam wziąć te tabletki. Co to za emergency.

Pani psycholog była blondynką w wieku mniej więcej mojej mamy. Dzięki temu z łatwością mogłyśmy nawiązać relacje typu matka-córka. Było wówczas znacznie łatwiej rozmawiać z nią o problemach. Mnie nie paraliżował stres i zdenerwowanie, moja nieśmiałość i wynosiłam ze spotkań więcej. Chodź teraz myśleniu wcale nie sprzyjało moje zdenerwowanie na samą siebie, że nie opisałam tych żółtych rychło w czas. Treaz nie byłoby problemu...
- Mam! To to! Weź je! One są właśnie na to! Na to rozszczepienie osobowości! - Wiedziałam to, chodź słowa ze spotkania z lekarką pamiętałam jak przez mgłę.

Mama dała się namówić i po chwili była już tylko jedna. Cały jej tłum zniknął.
To ją przekonało, żeby wybrać się do psychiatry.
 
- Ale co to w ogóle jest! - Dopytywałam się, kiedy drzwi pokoju, bo to bardziej przytulny pokój niż gabinet, otworzyły się i obie eleganckie wypłynęły z jego wnętrza.
- To coś co można określić nową chorobą cywilizacyjną. Nogdy wcześniej ludzie nie denerwowali się tak bardzo jak dziś. W konsekwencji następuje takie właśnie rozszczepienie osobowości, z czego każda z osób ma inne cechy osobowe, są one jakby podzielone między wszytskie rozszczepy.
- A to wyjaśnia jak wtedy siedziałaś na fotelu, drugi dzień po przyjeździe i odpwiadałaś na pytania, w zależności od rodzjau pytania - każdą inną.
- Tak, a co więcej każdy z rozszczepów jest jedną i tą samą osobą. To trochę jak z tym naszym Bogiem i Trójcą Świętą - zaśmiała się pani psycholog. - Stworzył nas na własne podobieństwo i oto mamy kolejne! - To powiedziawszy, mrugnęła do nas.
Zaskoczyło mnie, że lekarka mówi coś o Bogi. Zazwyczaj zdawało mi się, że problemy medyczne są od niego całkiem rozdzielane!
- Niebezpieczne jest jednak - kontynuowała pani psychaitra - gdy niekontrolowane rozszepienie się zwielokrotnia i zwielokrotnia. Dlatego należy je jak najszybciej zatrzymać lekami.
 


dzoolka 2010-09-07 10:24:06
skomentuj (2)
Mała czarna. Uwielbiam tę dwuznaczność!

Anex: Mówisz o Murzynce?

Nie wiedzialam, ze to wiecej podłoży!

Anex: a w mini to mnie nigdy nikt nie ujrzy!
Ja: a to nie chodzi o mini przecież! Moja mała czarna jest do kolan.

[Surrealizm słowny]

Anex kawy już nie pija od lutego. Ja jestem na etapie uzalezniania się.
- Zdecydowałam że się znią rozwiodę... Za dużo ode mnie ciągnęła... Leciała tylko na kasę.
- Serio? az tak zle? No ale może masz i rację..? Ja dziś przeglądałam ekspres cisnieniowy. 1 kawa = 1PLN
jako koszt utrzymania trzymania w domu tegoż urządzenia.
- Jak już 4 dziennie szklanki wypijałam i mogłam normalnie spać to stwierdziłam, że coś musi być nie tak i chyba jestem nienormalna.
- A
aa no to w sumie prawie górna granica! Bo jest limit smiertelny jakos okolo 6 czy 9 dziennie.
- Niskociśnieniowiec ze mnie i mogę pić i pić..
- Tak, ale to mimo wszytstko jest czarna smierć.
-
Bo jest limit smiertelny jakos okolo 6 czy 9 dziennie.
-
Szuru buru... Kolesie za oknem robią blok - remont. I akurat są na naszym piętrze...
- No to zagłusz ich muzyką.
- Haha, nie mogę!

- A moja mama wróciła na chwilę. I znowu myje zęby moją szcoteczką!! Mam szczęście, że nie widziałam.
- ...także cierpliwie znosze masowanie szpachlą tynku... Niesamowite wrażenia!
- Pomyśl, jakie wrażenie może być po lekach uspokajajacych!
- Ale opowiadaj jak z Mamą!
- ...to dopiero faza!
- Kup jej nową ORAL B
- No, juz ma dość. Ma aż dwie. Ale nie oralB. Może to faktycznie rozwiązanie! Ma jakieś dwie różne.
Ale myje moją i swoimi.
- I używa ciągle twojej?
- Ja i tata mamy Aquafresh.
No ale ja nie mam gwarancji, że myła moją. Widziałam tylko, jak myła jedną ze swoich.
- To kup ty sobie nową! - Wykrzyknęła Anex radośnie. - I schowaj. Bierz tylko do mycia i zabieraj z łazienki.
- K
iedyś myła taty - kontynowała ta druga. - No ale wiesz, potem mi spada na ziemie w moim bałaganie, jeszcze się o nią potknę, ble...
- Hehehe sprawdziłaś dna na włosiu?
- Nie, nie chcę tego robić! (kupować nowej). Nie mam dowodu. A i tak jest jedną nogą zapleśniała, bo, jak jeżdżę z nią na wycieczki, to ona mieszka w mydelniczce na szczoteczkę...
- Fakt, takie spotkanie ze szczoteczko mogłoby być tragiczne w skutkach - złamana noga, wybite oko...
- Bardziej martwi mnie fakt niemycia zębów po takiej przygodzie, po potknięciu się o szczoteczkę, aż do czasu odwiedzenia Pana Rossmana i wrócenia od niego, po zdradzie poprzedniej i zawarciu nowego zwiazku z nową.
- To zostawiaj ją brudną! Wtedy mama nie tknie. Gwarantuje!
  
   Zastanowiłam się, czy ona ma jakieś dowody na to, że mama nie tknie. No, ale biorąc pod uwagę fakt, że Anex mieszka z przyszłą teściową...

- Mam ją zostawiać z niespłukaną pianą, tak? Sama wtedy też jej nie tknę! Ja się sama siebie brzydzę! Jak napluję do butelki z wodą mineralną, podczas jej picia, sama już jej nie ruszę!
- Hnm... to masz prblem. - Stwierdziła w końcu Anex. - A nie śpisz pod tą samą kołdra dwa razy?
- Czytać masz czas?
- A no mam.
- Śpię, ale i tak się brzydzę
- Ostatnio 'przeleciałam' Pottera. Nawet był niezły.
- Oooo doskonale! No to RECENZJĘ MI PISZ, RECENZJĘ!! Nie zabrałam się nigdy do recenzji. Za dużo ich, a ja się zbyt zachwycam.
- No co Ty - napisz jakąś! Zapewne będzie świetna jak wszystko co robisz!
- Miałam na myśli konkretnie recenzję Pottera. Harrego Pottera.


dzoolka 2010-07-22 19:03:26
skomentuj (1)
Uwaga moja mama - i znów o szczoteczkę chodzi
Wchodzę do łazienki.
Moja mama myje zęby.
Podeszłam do blatu, w który wrośnięta/wciśnięta jest umywalka i nachyliłam się, żeby popatrzeć na mamę od przodu.  
- Którą szczoteczką myjesz zęby?
- Teu - wypowiedziała z trudem, tocząc pianę z pasty z ust.
- Dobrze, to twoja szczoteczka.
Mama popatrzyła na swoje odbicie w lustrze, myła dalej zęby.
- Wiesz, że masz tu dwie szczoteczki?
- Tak? Która jeszcze jest moja? Ta? - Złapała za dłówkę kolejnej szczoteczki - niebieskiej, która stała w sąsiednim kubeczku.
- Nie, ta jest tatusia.
Patrzyła w skupieniu na pozostałe szczoteczki.
- Ta? - Zgadywała dalej.
- Nie, ta jest moja. O ta jest twoja.
- Uhm...
- CO "uhm"! Myłaś nią zęby?!
- A czy to ważne? - Pisnęła roześmiana.
- Tak! To moja szczoteczka! A wiem, że ty lubisz wszystkimi myć zęby.
- I co z tego? - Powiedziała niewyraźnie, bo miała znów pełne usta piany.
- Wszystkie są różowe, ale moja jest z pomarańczową główką! Masz aż dwie. Starczą ci. Każdy ma po jednej. Nie używaj mojej!

Zostawiłam ją w łazience nie mogącą powstrzymać śmiechu, a tym samym -
niemogącą zakończyć czynności, którą jej przerwałam.  


dzoolka 2010-07-22 18:11:23
skomentuj (0)
Tegoroczni maturzyści - przyszli studenci.

Pewna osoba (nie, nie znam, w radio rano z postaci lali ostro) na maturze pisała o "Świętoszku" (Moliera rzecz jasna/swoją drogą). Zabrakło jej - owej postaci słów, więc napisała przepis na gofry.
Inna napisała wprost: pozwólcie mi zdać maturę, to pojadę walczyć za Polskę do Afganistanu.


Wiecie po czym poznaję, że przyszli studenci?
Bo jeśli jeszcze przed rozpoczęciem studiów mają takie fazy, to będą z nich wzorowi przedstawiciele braci studenckiej! :)
Ostatnio pod moimi oknami akademika postawili rodacy basen 3,5 srednicy, okolo 80cm glebokosci. Impreza byla ostra.
Skad wzieli wode? Podlaczyli szlauch do kranu w modułowej łazience i tak z okna pierwszego piętra... Lali.
Innym razem, prawdopodobnie po upomnieniu przez dyrekcję, biegali po wodę z wiadrami do studni, którą mamy na terenie akademikow (nie wiem po co). Zajęło im to około 3h, ale zabawa była znów przednia.

W zimie natomiast na terenie akadmeików stały dwa olbrzymie iglo, w których normalnie można było siedzieć. Był też równie wielki penis - studenci Politechniki pokazali przewagę płci.



dzoolka 2010-07-06 07:50:28
skomentuj (0)
ABSURD MIEJSCA SPOTKANIA

Jeśli po długiej podróży i równie długim czasie niewidzenia się, ktoś odbierze Cię z lotniska, rzucacie się sobie w ramiona, na szyję. Przytulacie się mocno i szczerze, a entuzjazm ze spotkania nie ma końca. Później osoba ta pomaga ci ciągnąć walizkę, z szerokimi uśmiechami wychodzicie z hali lotniska, z trudem rozmawiając - uśmiechanie się, nie do opanowania w tym momencie uniemożliwia swobodę wypowiedzi.
Tę samą osobę jednak, spotkawszy na ulicy, bez bycia odebraną/nym przez nią z lotniska, przywitacie zwykłym "cześć".
Nic więcej. 
Żadnych uścisków, żadnej radości, żadnych wybuchów entuzjazmu.

Jak to miejsce ma znaczenie, co?
ABSURD K*** JAK CHOLERA!

dzoolka 2010-06-19 23:08:38
skomentuj (1)
Nasz dzień

Z wielkich, ciemnych oczu popłynęły łzy.
Łzy złości i żalu.
Łzy złości na los dwojga ludzi,
Na dwa losy, na wzajem sobie nie przychylne,
Które nie mogły się zjednoczyć,
Które nie mogły się spotkać chodź raz w tym dniu niesamowitym,
Kiedy to dwa serca połączyły się kiedyś w jedno,
W jedno duże, czerwone i rozognione miłością serce...
Miłością, której już nie ma.

Łzy żalu do losów, które spotkać się musiały już po fakcie, ciężkim i bolesnym,
Fakcie rozstania bez możliwości chodź raz jedyny świętowania wspólnie tego,
Co kiedyś, przez czas jakiś było jednym, wielki, rozognionym miłością sercem

Łzy żalu o naszego dnia świętowania,
Który już nigdy "naszym" nazwany nie będzie,
Mimo że data ta, jak niegdyś radosna i wyczekiwana, nigdy z serca - już tego pojedynczego, złamanego na pół i wykrwawionego do ostatniej kropli łzami żalu, nie zniknie
I na zawsze będzie w nim wyryta, jak na korze stuletniego dębu,
Wyryta, zawsze będzie przypominać o tym, co kiedyś było, a co się wypaliło.

 

dzoolka 2010-06-06 21:30:19
skomentuj (1)
Śmierdząca sprawa

We wrocławskim centrum handlowym Magnolia Park - największym obikecie tego typu na Dolnym Śląsku, tuż po otwarciu, jedna z klientek została oblana od stóp do głów fekaliami z wadliwej rury kanalizacyjnej, która pękła akurat w momencie, gdy kobieta stała pod nią - niczego nie świadoma, oglądała ubranka dla dziecka w sklepie 5-10-15.


Audiotele: Jaki skok jest najbardziej ryzykowny: skok na spadochronie, skok na "bandżi" czy skok na zakupy do Magnolii.

Po incydencie centrum nieoficjalnie zostało przemianowane na
Fekalia Park.


dzoolka 2010-06-01 11:01:41
skomentuj (1)
Włosy jak przynęta
która, na końcu mojego ciała - wędki zda egzamin, kiedy mokra wyjdę z oceanu i przejdę się, "strzaskana", jak to Kacha miała w zwyczaju mawiać, na heban. A może już te włosy nie będą do tego czasu potrzebne.
Będą nadal, na wakacje być muszą, długie i czarne i proste, ale może będą już ociekać na muskularny tors tego, koło którego usiądę na kolorowym ręczniku, z absurdalnym w tym klimacie napisem Akademickie Mistrzostwa Polski w Narciarstwie Alpejskim.
Oby do wakacji, żeby jak najszybciej się o tym przekonać!




dzoolka 2010-05-10 13:08:50
skomentuj (0)
Znasz określenie "samotny w tłumie ludzi"?

Mam wielu przyjaciół. Och! Tak wielu! Wszystkich ich uwlebiam.
Każdego z osobna. I każdego za co innego.
S. uwielbiam za za Twoje cieplo - nie ma drugiego takiego jak Ty!
O. uwielbiam, bo jej problemy są takie mile! Bo kartonny pakuje w hurtowni i mi opiowiada co za problemy są z nimi zawsze, że się nie mieści coś itd...
M. za jej ambicje i haryzme, że czas mi się  znią spędza tak miło! I to nawet, jak każda siedzi przy innym kompie i robi swoje. Ale jest!
K. za to, że potrafi przeklnąć i brzmi to zabawnie i za jej nieprawdopodobną pewność siebie.

Jest was wielu, ale mimo wszytsko odczuwam czasem samotność, nawet będąc wśród Was.
Samotność braku tej drugiej połowy mnie... Jej nic nie zastąpi, nie zaklei.



dzoolka 2010-04-27 17:38:16
skomentuj (1)
Sorry, pasta mi kapie...


Owca 19:56:52
http://instrukcja.pl/i/instrukcja_gimp
chcilam zrobic taki jak tu jets

Ja 19:57:00
(teraz pwiedz: nie denerwuj mnei)

Owca 19:57:02
szalona krowa
ale nie umiem:/
ale Ty wiesz ze masz mie nei denerwowac
dlatego nie bede sie powtarzac
NIE DENERWUJ MIE!!

Ja 19:57:53
nie dziala mi ta strona :/

Owca 19:58:05
niedobrze
linki Ci nie dzilaja

Ja 19:59:01
dziala, ale ta instukcja latala
jestem na kompie mamy
nie moge nic instalowac
a chyba brakowalo flesha czy czegos

Owca 19:59:48
nie tłumacz bo i tak sie nie znam
wyslij moze mi zadzila
ja za niedługo wracam ok

Ja 20:02:21
co kto?!

Owca 20:02:29
??
ale o co chodzi

Ja 20:02:49
no napisalas, ze moze ci zadziala
no chyba dziala ci link, tkory mi wyslalas ;d

Owca 20:03:45
nom
ale mi chodzilo
o ta strone internetowa co robisz
a zreszkta niewazna
ide bo myje zęby i mi pasta kpaie..



dzoolka 2010-04-17 21:13:06
skomentuj (0)
Są tacy, w czepku urodzeni








On, skubany, zawsze się zatrzyma.



dzoolka 2010-03-25 11:58:20
skomentuj (0)
Kaczucha: Co tam u Ciebie? :)
  
   Gdy mi się odezwałą, koleżanka z przeszłości tak zamierzchłej, że aż mało pradopodonej, nie przypuszczalam, ze to twoje "co tam słychac" tak się potoczy i taki sposób zakończy. A ta niedługa przerwa w pisaniu magisterki... Pisaniu, przerywanym niesprecyzowanymi i nie do końca jasnymi snami, obudziła we mnie falę przemyśleń...
  
Co ile lat przychodzi taki kryzys? Takie totalne zniszczenia związków i ludzi? Kiedy zacząć, żeby to ominąć?
Rok 2010 według moich postanowień miał być rokiem, w którym wszytsko mi się uda. Tymczasem na każdym kroku słyszę, że komuś coś się rozpadło, coś się stało. Wcale mi to w obejcnej sytuacji nie pomaga, a wręcz przeciwnie. Zamiast motywacji od zewnątrz, czuje dalsze zatracanie. Łapię się więc swoich starym planów, marzeń i staram się je w końcu, nie zwarzając na wszytsko i nie zatapiając się wotoczenie, z dosłownymi klapkami na oczach realizować.

Głowe odwracam tylko wtedy, gdy zbadany teren pod nogami okaże się twardszy. Wtedy siągam opaskę i ładuję baterię.    
Mało jest takich miejsc, takich osób, które są dla mnie takim gruntem, ale jeśli już na nie trafię, korzystam ile mogę, z nadzieją, że i ja coś im daję.



dzoolka 2010-03-19 11:19:39
skomentuj (0)
Szwajcarska precyzja
Ja 16:30:06
jakiś obiad?

Irek 16:30:24
otej porze obiad

Ja 16:30:30
no co? za wczesnie?
bo ja paczka zjadlam kolo poludnia i on mnie zapchal

Irek 16:31:13
w sumnie z jadlem w biforze
ale bede glodny za 2 godziny

dzoolka 2010-03-18 16:35:44
skomentuj (0)
Cyaty wielkich

"Perfumujmy te miejsca, gdzie chiałybyśmy być całowane przez mężczyznę"

                                                                             Coco Chanel


                                                i


"Przemilczenia dzielą bardziej niż nieobecności"

                                                                                 Ta sama autorka

dzoolka 2010-03-15 08:42:35
skomentuj (0)
Klimat iście świąteczny
Skrawki kartonika i nożyczki - od robienia bileciku do prezentu. Gwiazdki ze wstążki, kokarda i resztki ppaieru pakowego. I ten smak czekolady śmietankowej!

A przecież jest marzec! Prawie jego połowa.
I już prawie pierszy dzień wiosny... Z każdym rokiem coraz mniej przeze mnie oczekiwanym...

dzoolka 2010-03-13 22:14:33
skomentuj (0)
Odważna jestem

A skoro już jestem, napiszę, że tor = czas.
Oby dojechać..! Pomuszcie!
Bo ten, który powinien - nie przeczyta.
A ten który niepowinien - owszem, zrobi to.
A ten, który może i zrobi to z zaciekawieniem - nie zrozumie.
Wiadomo - interpretacja utworów zalezy tylko od ludzi, którzy je czytają i kontemplują. Autor nikogo tu nie obchodzi i nie ważne, co miał na myśli. "Ważne, jak wy to odbieracie" - powtarzała nam kiedys Pani od Polskiego.
Ale mimo wszytsko nikt nie wpadnie, by posadzić autora i przepytać!

By the way, interpretujcie, jak chcecie!

Ave!

dzoolka 2010-03-09 08:43:36
skomentuj (1)
Kiedy jawa zlewa się ze snem

a sen z rzeczywistością.
Kiedy na jawie widzę, a we śnie słyszę.
A budząc się, wiem wszystko, mimo że nic nie zostało wypowiedziane,
mimo, że na prawdę tylko widziałam.
Ale są ona - jawa i sen jak jedność.
Zlane, scalone ze sobą i przekazują mi jedną informację.
Jedną soójną prawdę, której nie mogę, nie chcę przyjąć do wiadomości.

"Nie zrujnuj sobie życia!" - Słyszę głos w słuchawce. - "Nie warto."
Ale ja chcę jechać dalej! I póki paliwo na to pozwala, jadę dalej.
Czasem można je pod tankować. Wtedy przyspieszam i do celu, tego połowicznego i w niczym niepewnego celu, zbliżam się jednak szybciej.
Bo cel to cel. Nie ważne jaki: połowiczny, niepewny.
Cel zawsze jest celem. A osiągnięcie go daje dalsze możliwości. I to różne. Bo w polu z pociągu się nie wysiada.

Zostały mi jeszcze tylko dwa kroki. Dwa ostatnie kroczki, żeby dotrzeć do zwrotnicy. Później doczepię wagon i pojadę jakimś torem w nieznane, albo po prostu zmienię przewoźnika. Na doczepienie wagonu i pociągnięcie go ze sobą może mi nie starczyć sił. To przecież duży wagon, a lokomotywa słabnie z każdym ciosem. Każdym dniem, gdy jest dobrze
"Pomogło mi,
Bo szybko zapomniałam
A tych różnych dni nie chcę już
Uległam znów nic w zamian nie dostałam
Ty znów dałeś mi tylko noc"  jak z piosenki*. Jedną piękną noc, usłaną niemalże płatkami róż, w postaci cichego spełnienia prośby, próby odkręcenia rzeczywistości i nazwania jej całkiem inaczej. Udawania, że między tą poprzednią a tę obecną nie było niczego. Nie istniała.

I ZNÓW pojawili się psuje, położyli na torach kłodę. Niby nic, pociąg pojechał dalej, trochę innym torem, ale ty zszedłeś z peronu, widząc, że zboczył z trasy. Już nie czekałeś na przyjazd. Odwróciłeś się i wyszedłeś.
 
Ale kiedy ktoś próbuje zepchnąć z toru lokomotywę, z tego prostego i krótkiego toru, którym lokomotywa tak ochoczo pędzi
w kierunku zwrotnicy, a para bije z jej wesoło, trzeba dobrze się ustawić, żeby paradygmaty nie były jednoznacznie i oczywiste. I fałszywe.
Żeby zauważyć kłodę. To, że tam leży.
I żeby wiedzieć, czemu ciuchcia zboczyła. Wybrała inną trasę niż planowana.
Trzeba mieć nie tylko oczy, by widzieć, ale uszy by słuchać, że jednak nadjeżdża. Jedzie w tum kierunku i niebawem będzie.
Ale pasażerowie nie lubią czekać. Znów czekać! Nawet jeśli tym razem nie była to wina maszynisty.
Po prosty wyszli, zmieniając przewoźnika.

Paradygmaty! Czyli punkt widzenia, a punkt obserwatora.
Ja zaciągam hamulec, wybieram lżejszy tor, a ty tego nie widzisz. Ty widzisz, że ja znów zbaczam. Nie bierzesz pod uwagę
północnego wiatru, który mnie pcha i gdybym nie zmieniła toru, zepchnąłby mnie z niego całkiem. Pociąg by się wykoleił.
Ty widzisz jedno, chodź ja mówię drugie.
Ty widzisz, ja mówię. Ty masz oczy, a ja usta.
Ja mówię, a ty patrzysz. Może coś wyczytasz z ruchu warg, ale nie usłyszysz. A jeśli nie usłyszysz, moje sny znów zleją się z
jawą i znów pociąg pojedzie wstecz o te paręnaście metrów, chodź przybył dopiero kilka. Znów oddali się od zwrotnicy, przy której wszystko ma się rozstrzygnąć.
Tylko o ile jeszcze wczoraj byłam tak tego pewna. Czekałam z niecierpliwością na ten zwrot w akcji, na ten wybór możliwości, tak w jednej chwili, nie mojej chwili - chwili zmanipulowanej i niszczącej - zbliżam się tam z obawą. Coraz większą i sił zaczyna mi brakować przy każdym milimetrze przekręconego koła.
I boję się.
Wysiąść jest prościej. Wysiąść i przejść do innego pociągu. Bilet się kupi.
Wystarczy więc wsiąść i pojechać dalej.
Całkiem inną trasą.
W totalne nieznane.
I nie oglądając się za siebie przeć do przodu. Już tylko do przodu. W nowy świat, gdzie nic nie będzie oczywiste, bo nic nie będzie znane.

Ale czy można po takim czasie. Po przysłowiowej "ćwierci" trasy zostawić za sobą całość? Po prostu wysiąść i przejść dalej?
"I wtedy przyszedł maj
Zamieszał w moim sercu
Zgubiłam cały żal
Poczułam co to szczęście
Tylko szczęście
Całe szczęście
Tylko szczęście "

Maj przyszedł do mnie trzy lata temu, przynosząc mi szczęście. Całe szczęście. Tylko szczęście.
Grudzień mi to odebrał. I to dwukrotnie.
Czy kolejny Maj przyniesie to samo? Samo szczęście?

Oby, bo ja nie mam już sił.
Nie mam siły wysiąść.
Nie mam siły jechać dalej.



dzoolka 2010-03-09 08:37:54
skomentuj (0)
Ave Maria - i po prostu rozmowa nocą na Gadu-Gównie

Ave Maria 23:16:00
tym bardziej ze wrocic tutaj z jezykiem chinskim to zajebista sprawa

Ave Maria 23:16:08
wez mnie tu nie zostawiaj bo zwariuje:P

Ja 23:16:28
zle to wymawiasz

Ja 23:16:37
nie "zajebista" tylko "zajebysta"

Ja 23:16:39
tam jest y

Ja 23:16:40
igrek

Ja 23:16:45
zajebYsta

Ja 23:16:47
powtórz

Ja 23:16:52
zajebYsta

Ja 23:16:53
czujesz?

Ave Maria 23:16:58
hahahahhaha

Ave Maria 23:17:08
slodki jezu zmilj sie nade mna to skonam ze smiechu


dzoolka 2010-03-07 23:22:06
skomentuj (0)
Czuje się jak Avatar
 

   I feel like Avatar. Facetem który, można powiedzieć, żył w dwóch światach na raz. Jeden był jego światem rzeczywistym, drugi - nowym, nieznanym i lekko nieprawdziwym, jednak właśnie w tym drugim czuł się jak w domu. Dobrze, że miał wybór i jego wybór był clera. Był logiczny, prosty i oczywisty. W tym drugim, nowym świecie znalazł szczęście, miłość i... Nogi.
No nie ważne. Nogi też tam znalazł.

   Moje życie było poukładane, zaplanowane i wszystko zmierzało ku stabilizacji, na którą czekałam całe dwa lata, kiedy tuż przed tym, jak zaczęło się realizować i iść tym biegiem, jaki mu narzucono z góry (i myślę, że wcale nie takim złym) ktoś zgasił światło, przestawił zwrotnicę i ruszył znowu, ale całkiem innym torem.
Czuję się jak Avatar. Mam dwa światy. W jednym czuje się świetnie. Non stop się śmieję, wygłupiam, wszytskie plany realizują się nader łatwo. Aż ciężko mi niekiedy uwierzyć, że spływa na mnie takie szczęście! Czasem jednak muszę wrócić do tego świata poprzedniego, który się całkiem zepsuł. Kiedy zgasło światło, drugi wagon odłączył się i pojechał dalej. W tym drugim wagonie był ktoś, kogo brakuje mi niezmiernie w tym odwróconym o 180 stopni życiu. W wagonie, który ruszył w krainę szczęścia.

   Ale jak to się mówi: coś za coś.
  
   Kiedy czasem przesiądę się do tego drugiego wagonu, do osoby, z którą związane było moje życie sprzed katastrofy kolejowej, czuje się niepewnie. Coś jest zawsze nie tak. Mam ochotę śmiać się, ogarnia mnie szczęście, a jednocześnie z oczu płyną łzy. Jestem w całkowitej rozsypce i mimo że kilka chwil może zdawać się być namiastką realizowanego planu, kiedy się znów przesiadam, czar pryska, a pryskając, zawsze rani mnie swoimi odłamkami. 

   Wsiadam więc znów do pociągu, jadącego do krainy szczęścia. Wsiadam od tylnego wagonu, całkiem załamana, ale w miarę jak idę w stronę kabiny maszynisty, by znów złapać ster i obrać właściwy cel do realizacji, humor znów mi wraca. Szczęście znów się pojawia i wszystko idzie jak z płatka. Wszystko się udaje, wszystko wychodzi.
Pozostaje tylko jedno wolne miejsce. I to jest znów to coś, czego mi brakuje. To wolne miejsce które zajmowała osoba, która wsiadła do tego drugiego pociągu.

   Rozpłakałam się na filmie, kiedy bohatera spotkało takie szczęście. Kiedy jego wybór był tak prosty. Może były jakieś przeciwności, ale miejsce w jego wagonie życia się zapełniło. Ktoś tam usiadł i w dalszą podróż pojechał razem z nim. Wspólnie zasiadając za sterami.

   Jakie jest w takim razie wyjście? Czy mój pociąg dogoni kiedyś ten drugi i znów się połączą, czy ich cele zmierzając w całkiem odmiennych kierunkach, z każdą chwilą się od siebie oddalając?
  
   A może, mimo że ich maszyniści obrali całkiem odmienne tory i kierunki, kres ich podróży okaże się być w dokładnie w tym samym miejscu?

   Nie wiem. I ta niewiedza jest męcząca. Nie wiem, czy wystarczy mi sił, żeby dojechać do końca, by się o tym przekonać. Czasem, jak na przykład dziś, mam ochotę po prostu wysiąść.

dzoolka 2010-02-02 21:33:19
skomentuj (0)
Serce vs Rozum

Czasem serce i rozum toczą walkę.
Rozum mówi co innego i serce uważa swoje.
Kiedy tak się dzieje, słuchaj serca.
Rozum, mimo że jest kłębkiem nerwów nie zareaguje na Twoją decyzję. Sece, chodź jest tyko mięśniem, będzie cię karać przewlekle i niemiłosiernie.

dzoolka 2010-01-19 08:36:37
skomentuj (3)

no to ja juz pÓjdę